+48 222-57-888-2
preloader image
preloader image

O nas



Kiedy na świat przychodzi upragnione dziecko, doświadczasz cudu. Każda chwila zdaje się być magiczna. Kilka dni później już wiesz, że to może nie być takie proste. Projekt LennyLamb to projekt utkany z miłości do dzieci i chęci pomocy dorosłym.

Projekt, który uczy jak przetrwać trudy rodzicielstwa w naturalnej bliskościi bez wyczerpania. Projekt, który by nie powstał, gdyby Franciszek akceptował wózek.

Image title


Ta historia zaczęła się w pewną majową noc w 2007 r. Na warszawskim Bemowie w rodzinie informatyka i farmaceutki pojawiło się pierwsze dziecko. Świat młodych rodziców zmienił się całkowicie. Ich serca przepełniała miłość. Mały człowiek był taki słodki. Do czasu pierwszego spaceru. Młoda mama zrobiła zaledwie trzy kroki, kiedy cudowny niemowlaczek włączył taką syrenę, że słychać go było w trzech sąsiednich osiedlach. Wzięcie na ręce pomagało nachwilę. Każda próba odłożenia dziecka do wózka kończyła się krzykiem. Ze spaceru nici. I te spojrzenia ludzi. Jakby mu robiła krzywdę. Młoda mama skapitulowała. Z dzieckiem na ręku, pchając pusty wózek wróciła do domu. Może jutro będzie lepiej – pomyślała.

Jutro nadeszło, ale lepiej nie było. Franciszek krzyczał znowu. Nie minęli jeszcze swojego bloku a młoda mama musiała go brać naręce. Nie było szans, żeby pójść dalej. Zaczął się koszmar spacerów. Jeszcze gorzej było, gdy udało się minąć 4 bloki. Wtedy powrót był trudniejszy. To był ten moment, w którym młoda mama zrozumiała, że prawdziwe macierzyństwo nie wygląda tak, jak pokazują w reklamach. W ciągu dnia Franciszek był spokojnym dzieckiem, ale każde wyjście na dwór kończyło się tak samo. Mama Asia była wyczerpana i zmartwiona. Mąż pracował ciężko, wracał do domu po 10h. Na wsparcie dziadków nie mogli liczyć.Jedni mieszkali 400 kilometrów dalej, drudzy 150. Brakowało codziennego wsparcia, żeby ktoś wziął dziecko na ręce i ponosił. Dał chwilę wytchnienia.

Młoda mama obsesyjnie szukała rozwiązania problemu. Co zrobić? Przecieżnie może spędzić całego życia z niemowlakiem w czterech ścianach. To wtedy koleżanka powiedziała jej, że są takie chusty, które mogą pomóc. Zawija się dziecko i nosi przy sobie. Trochę tak, jak afrykańskie kobiety. Pierwszą chustę znalazła w szafie u swojej mamy. Wycięła ją sobie z materiału wg wymiaru i założyła na siebie, żeby zobaczyć, czy dziecko w ogóle będzie chciało się w niej nosić.

Rodzina patrzyła na nią jak na wariatkę. Ale ona już wiedziała. Pierwsze odczucie powiedziało jej wszystko. I nie chodziło nawet o bliskość,tylko o to, że mogła z synkiem wyjść. Nie musiała go trzymać, mogła się przejść, on był blisko, była pewna, że jest bezpieczny. To było dla niej niesamowite doznanie. To było takie ciepło, coś ekstremalnie naturalnego. Tak jakby dziecko było wkońcu w miejscu, w którym powinno być. Malutkie, przytulone, czuła je całym ciałem. To było takie WOW! Moment bliskości i wolności.

Teraz spacer wyglądał inaczej. Franciszek się przytulał – mama sobie chodziła i była znowu wolnym człowiekiem. I to sprawiło, że w chustach zakochała się totalnie. Przekonała się, że to nie jest jakaś tam tylko rzecz, ale, że ona wyzwala naprawdę. Odblokowujeemocje. Kiedy czujesz, że sobie nie radzisz, że nie możesz uspokoić dziecka, że jesteś kiepską mamą. Chusta sprawiła, że mama stała się silniejsza, pewniejsza, spokojna. Pomogła uporządkować codzienność, a spacery stały się przyjemnością i niesamowitą przygodą.

Postanowiła więc kupić prawdziwą chustę. Poszła do najdroższego sklepu w Warszawie i okazało się, że tam ich nie ma. Jak to możliwe – zdumiała się - wszyscy w Internecie na forum piszą, że takie świetne, wspaniałe. Była przekonana, że to jest coś, co można kupić od ręki w sklepie. Wkrótce przekonała się, jak bardzo się myliła. Kupiła w Internecie jakieś dwie, ale okazały się niewypałem. Tkanina była sztywna, nieodpowiednia. Na forum chustowym dowiedziała się, gdzie może szukać specjalnej, długiej, wiązanej chusty.

Oryginalna sprowadzana z Niemiec kosztowała jednak aż 250 zł. To dużo dla młodego małżeństwa. Szukając dalej trafiła na polską firmę, która produkowała chusty. Ale akurat wtedy nie sprzedawali, mieli inwentaryzację. Udało jej się znaleźć dziewczynę, która sprowadzała chusty z Niemiec. Ta jednak, wyjechała na wakacje i teżw tym momencie nie prowadziła sprzedaży. Po prostu czarna dziura. Niby było super rozwiązanie, ale nie można było z niego skorzystać. Młoda mama nie odpuściła. Znalazła w końcu osobę, która sprowadzała chusty Girasol, tkane przez Indian w dalekiej Gwatemali. Czekała na nią 3 tygodnie. To była jej pierwsza PRAWDZIWA - ukochana chusta. Znalazła forum „Kawałek szmaty”. Zaczęła brać udział w spotkaniach chustowej społeczności. Mogła wyrwać się z domu, spotkać kobiety, które miały takie same problemy jak ona. Czuła się potrzebna i zrozumiana.

I wtedy zamarzyła o drugiej chuście. Wymyśliła, że będzie brązowa w drobniutkie paseczki. I nie mogła jej kupić za nic na świecie. Osoba, która sprowadzała chusty nie odpowiadała na maile. Pomyślała więc, że może sama zostanie dystrybutorem. Napisała do uznanego w świecie producenta. Odpowiedzi się nie doczekała.

W międzyczasie postanowiła kupić nosidełko. I też porażka. Trzeba było na nie czekać aż 3 miesiące.

To była zupełna katastrofa.

I wtedy to sobie wymyśliła. Skoro jest taki problem z kupnem chust, sami zaczną je produkować. Gdy tylko powiedziała swojemu mężowi Michałowi - od razu miał to w głowie poukładane. Założą manufakturę. Będzie LennyLamb. Bo lubią muzykę z płyty Lenny Valentino, a owieczka ich urzekła. No i kojarzy się z ciepłem i miękkością. Potrzebowali sprzymierzeńców. Znaleźli takich samych zapaleńców jak oni. Poprosili siostrę Kasię i jej męża Piotra, by pomogli im opracować produkt.

Image title


I wtedy dopiero się zaczęło.

Takiej tkaniny o jaką im chodziło, nie dało się zamówić w hurtowni i po prostu kupić. Trzeba ją było zamówić bezpośrednio w tkalni. Pierwsze rozmowy z panem, który zajmował się tkaniem nie powiodły się. Przecież nikt tak nie robi – usłyszeli. Nikt nie robi kolorowej przędzy. To bez sensu.

Bezsensu były też ilości, których potrzebowali. Bo jeśli w tkalni produkowali np. poliester dla wojska, w kilometrach, a manufaktura potrzebowała tysiąc metrów jednego koloru, to było i tak dużo. Żadna tkalnia nie była w stanie odpowiedzieć na ich potrzeby. I choć znaleźli takich kontrahentów, którzy zgadzali się wyprodukować potrzebne ilości, to podzlecanie produkcji na dwa krosna było czasochłonne i kłopotliwe. Często w odpowiedzi naswoje pomysły słyszeli – NIE BO NIE i nie wiedzieli do końca, dlaczego tego nie można zrobić.

To był czas kiedy wspólnicy – Kasia i Piotrek jeździli po Łodzi, po tkalniach i szwalniach i szukali kogoś, kto uszyje chusty. Ich zielona Mazda pomykała od domu do domu, od zakładu do zakładu. Wozili swoje beleczki z gorącą wiarą, że musi się udać. Nosili je od drzwi, do drzwi. Czuli, że to jest coś co jest potrzebne ludziom. W końcu zrozumieli, że żeby mieć wpływ na to, co chcą robić, powinni zrobić następny krok. Firma potrzebowała zakładu produkcyjnego. Znaleźli odpowiednie pomieszczenia. Młoda mama Asia postarała się o dotację. Rozpoczął się kapitalny remont, i kiedy czerwona wstążka czekała na przecięcie, okazało się,że... właściciel lokalu zmienił zdanie. Wypowiedział umowę najmu. Z dnia na dzień projekt LennyLamb stał się bezdomny. Nie tylko ich marzenia rozsypały się w jednej chwili. Byli odpowiedzialni za nowych pracowników i klientów, którzy czekali narealizację zamówień. Co teraz? Tyle zainwestowali. Jak się podnieść?

A może zrezygnować? I wtedy pojawił się pomysł, żeby ulokować produkcję w małej, rodzinnej, malowniczej miejscowości pod Piotrkowem Trybunalskim. W Kłudziacach. To było prawdziwe koło ratunkowe. Produkcja, pomysły, serca i marzenia trafiły pomiędzy łąki i lasy. I tam, wśród swoich bliskich, zaczęli od początku.

Firma rozwijała się bardzo dynamicznie. Mieli już swoją tkalnię i szwalnię, które pracują na systemie opracowanym pod ich potrzeby. Dzięki temu mogą od ręki reagować na indywidualne zamówienia.

I kiedy wydawało się, że już wszystko się poukładało – kontrola wewnętrzna wyłapała poważny błąd. Szwaczki nieprawidłowo dokonały przeszyć. Nosidła nie mogły trafić na rynek. Brak tzw. szwu bezpieczeństwa dyskwalifikował tę partię. Straty były dotkliwe - 2000 tys. nosideł – prawie milion złotych. No i potencjalne straty wizerunkowe. Ta partia nie wyszła z zakładu.

Wprowadzili nowe procedury techniczne i kontrolne. Opracowali taki system znaczników, który umożliwia natychmiastowe wychwycenie czy szew został wykonany prawidłowo. Ich produkty muszą być absolutnie bezpieczne.

Dzisiajcały proces produkcji mają pod kontrolą. Kiedy pojawia się pomysłna chustę, graficy w ciągu kilku godzin są w stanie go opracować. Od razu wiadomo, co jest możliwe, a co nie. BEZPIECZEŃSTWO jest potwierdzone odpowiednimi atestami.

I to czyni ich produkcję wyjątkową. Dziś zatrudniają 120 osób z okolicy. Także swoje koleżanki z dzieciństwa. Ich marka jest rozpoznawalna na całym świecie. Wyrosła z miłości, determinacji, odwagi i wytrwałości. Franciszek ma rodzeństwo. W chustach wychowali się także Ewa, Hania i Szymon. Kasia i Piotrek też zadbali o kolejne pokolenie. Marysia, Jaś i Ignaś zapisali kolejne kartki chustowych doświadczeń.

Image title


Część z tych doświadczeń znalazła się w książce „Dlaczego noszenie ma znaczenie?”, która ukazała się pod patronatem LennyLamb. Bo tak naprawdę od początku chodziło o to, żeby podzielić się z innymi wiedzą, jak „kawałek szmaty” może zmienić rodzicielstwo.


X